Jan
zwlókł się z łóżka. Bolała go głowa. Dziś wolne, ale jutro
trzeba będzie wrócić do kieratu. Na samą myśl zrobiło mu się
niedobrze. Znowu ta jędza, ten babsztyl, który ledwo ukończył
zawodówkę, zabierze się za swoją ulubioną czynność, czyli
pomiatanie nim. Jakby w ten sposób chciała pokazać, że nie jest
głupią babą, kolejnym trybikiem w maszynie, który można wymienić
na inny, ale kimś ważnym, kimś kto może sobie pozwolić na
pomiatanie pracownikami, a zwłaszcza takimi co mają wyższe
wykształcenie od niej. Jan dowlókł się do łazienki i spojrzał
na swoją zmizerowaną twarz w lustrze. "A może mi się to
wszystko należy? Ta cała durna praca i ten babsztyl nad moją
głową"- pomyślał. Miał 43 lata i nie udało mu się wyrwać
z rodzinnej prowincji, wszystkie jego związki z kobietami kończyły
się porażką. Całe jego życie to porażka, za którą oczywiście
to on ponosi odpowiedzialność... Zacisnął usta i pięści
powstrzymując tok myśli oraz wzbierające w nim emocje. "Spokojnie,
nie ma po co szukać winnych. Weź głęboki...."- uspokajał
się w myślach. Czuł prawie fizycznie jak chowają się jego
emocje. Czuł również, że nie pozwolił sobie na szczerość, że
tak naprawdę nie ma ochoty ani na samobiczowanie, ani na bycie
wybaczającym wszystko i wszystkim facetem. Odpędził jednak tę
myśl od siebie i zajął się porannymi ablucjami. I wtedy usłyszał
dźwięk domofonu. Podszedł do drzwi, podniósł słuchawkę:
-Słucham?
-Pan
Jan Sz...?
-Tak
-List
polecony do pana.
-Proszę.
Narzucając
na siebie ubranie myślał nad tym kto mógłby do niego wysłać ten
list. Gdy usłyszał pukanie otworzył drzwi. Zobaczył niskiego i
muskularnego faceta. Zupełnie nie wyglądał na listonosza. Nie dano
mu jednak czasu by się zastanowić nad tym faktem. Silny cios posłał
go w głąb korytarza. Razem z niskim do mieszkania wpakowało się
jeszcze dwóch facetów i młoda kobieta. Jan zaatakował pierwszego
napastnika. Tamten jednak z łatwością odbił jego cios i wykonał
szybki ruch ręką. Jan poczuł jak ostry ból przeszywa jego ciało.
Ze zdumieniem zobaczył nóż wbity w swój brzuch. Drugi mężczyzna
doskoczył do Jana i mocno ugodził go nożem. Jan runął na
podłogę. Czuł ból, upływ krwi, szok i niedowierzanie. Patrzył
na swoich oprawców stojących nad nim z zakrwawionymi nożami.
Próbował zrozumieć co się stało.
-Dla...
dlaczego?
Trzeci
mężczyzna podszedł i z nienawiścią wycedził:
-Myślałeś
skurwysynu, że ujdzie ci to na sucho? Że możesz sobie tak
bezkarnie uwieść naszą siostrę, zrobić jej dziecko i zwiać? Że
możesz wystawić na pośmiewisko całą naszą rodzinę?
Jan
wodził przerażonym wzrokiem po twarzach napastników. Nie poznawał
nikogo z nich, a zwłaszcza dziewczyny. Ona zresztą też go nie
znała.
-Chłopaki,
to nie on- powiedziała przerażona.
-Jak
to, kurwa, nie on?!
-No,
nie on. To nie ten facet.
-Adres
się zgadza, imię i nazwisko też, to jak to nie on?
-Nie
wiem, ale to nie jest ten facet.
Cała
czwórka przez chwilę stała w bezruchu patrząc na siebie. W końcu
ten trzeci będący najwyraźniej ich liderem warknął do
dziewczyny:
-Dawaj
zdjęcie.
Tamta
drżącymi dłońmi wyjęła z swojej torebki zdjęcie i podała je
bratu. Ten nachylił się nad Janem i pokazał mu zdjęcie.
-Znasz
go?
Gdyby
okoliczności były inne Jan być może by się nawet roześmiał.
Ale teraz gdy ból co chwilę tamował jego oddech, gdy czuł, że
życie uchodzi z niego z każdą kroplą jego krwi nie mógł nawet
się uśmiechnąć. Na zdjęciu obok dziewczyny był jego przyjaciel,
którego dawno nie widział. Wiedział, że regularnie zdradza swoją
żonę, ale nie przypuszczał, że robi to posługując się jego
danymi. "Kurwa, przez tego dupka teraz zdycham jak zarżnięte
prosię"- pomyślał. Już chciał go wydać, ale coś go
powstrzymało. Nagle poczuł zimny spokój, nie czuł już bólu,
czuł się wyzwolony.
-Znasz
go?!- facet potrząsnął nim.
-Nie-
odparł.
Tamten
puścił go i odwrócił się do braci.
-No
to mamy, kurwa, niezły bajzel. Co robimy?
-Chłopaki-
wyszeptała przerażona siostra i wskazała na Jana.
Jan
siedział oparty o ścianę. Grymas wściekłości zmienił jego
twarz w jakąś nieludzką maskę. Emocje jakie od niego biły
sprawiły, że cała czwórka odsunęła się od niego. Jan zmierzył
ich wzrokiem, po czym rzekł:
-Przeklinam
całą waszą rodzinę. Zapłacicie z nawiązką za to co
zrobiliście. Najprzód twój bachor, a potem ty. A potem losowo będę
zabijał członków waszej rodziny, aż nie zostanie nikt.
Gdy
wypowiedział ostatnie słowo umarł.
Tamci
przez dłuższą chwilę przerażeni patrzyli na Jana. W końcu jeden
z nich podszedł do niego i sprawdził czy żyje. Gdy przekonali się,
że umarł uciekli pospiesznie starając się z swojej pamięci
wyrzucić to co się zdarzyło.
Najprzód
umarło dziecko, a dwa tygodnie potem jego matka. To były dość
łagodne zgony. Naprawdę straszne rzeczy zaczęły dziać się
później.
***
Jan
stał i rozcierał zziębnięte palce. Za niedługo sprawne ręce
będą mu bardzo potrzebne. Popatrzył na grób. Na tablicy czas
zatarł już napis. Większość cmentarzy sprzed Upadku została
zniszczona. W czasie kataklizmu ludzie mieli ważniejsze sprawy niż
opieka nad grobami. Ten jednak ocalał. Dzięki rodzinie Jana. Pod
kamienną płytą leżały szczątki prześladowcy i zarazem ducha
opiekuńczego ich rodziny. Człowiek ten dawno, dawno temu został
zamordowany przez ludzi, których krew krąży w żyłach Jana.
Został zamordowany za nie swoją winę i w ostatnich chwilach swojej
ziemskiej egzystencji rzucił na nich przekleństwo. Przekleństwo,
które o mało nie wygubiło doszczętnie całego rodu. Znalazł się
jednak człowiek, który nawiązał kontakt z duchem zamordowanego i
znalazł sposób ratunku. Okrutną cenę, którą płacili przez
pokolenia. Brzemię, które równocześnie zapewniło im powodzenie,
bo Zamordowany pomógł im przetrwać Upadek, gdy zawaliła się cała
cywilizacja. Teraz byli możnym rodem władającym sporym obszarem,
ale cenę trzeba było płacić regularnie. Jan patrzył jak do grobu
idą jego krewniacy prowadząc spętanego jego brata Władysława.
Zwykle, o ile Zamordowany nie wskazał kogoś konkretnego, wybierano
jakąś przysłowiową "czarną owcę", choć czasami
brakowało kogoś paskudnego i z bólem serca poświęcano lepszego
członka rodziny. Władysław nie był zły. Był tylko zadufanym w
sobie dupkiem, który uważał, że wszystko wie lepiej i w związku
z tym ma prawo urządzić świat po swojemu. I to go właśnie
zgubiło.
-Nie
musisz tego robić. Nie musimy praktykować tych barbarzyńskich
praktyk- Władysław nie odpuszczał aż do samego końca.
Jan
pokręcił głową: "Nie, bracie, musimy. Gdybyś tylko słyszał
głos Zamordowanego w swojej głowie..."
-Mój
bracie, tak samo jak ty myślał swego czasu brat naszego
prapradziadka. Skończyło się to tym, że nasz ród uszczuplił się
o sporą liczbę członków, w tym o jego żonę i dzieci. A nasz
prapradziadek musiał zarżnąć przy tym grobie swojego brata. Nie
zaryzykuję dla twoich szlachetnych mrzonek życiem swojej żony i
dzieci. I nie mam zamiaru także poczuć ostrza noża na swojej szyi
tak jak za chwilę ty to poczujesz. Mam nadzieję, że twoje pomysły
umrą razem z tobą przy tym grobie.
Cała
ta przemowa była skierowana do reszty członków rodziny. Jan zdawał
sobie sprawę, że Władysław był przypadkiem niereformowalnym i do
końca będzie wierzył w swoje idee. Ale rodzina musiała wiedzieć,
że Jan będzie zdeklarowanym strażnikiem rodzinnych tradycji.
Skinął ręką. Władysława sprawnie zakneblowano i zmuszono do
klęknięcia. Jan zaszedł go od tyłu, a potem zdecydowanym ruchem
poderżnął mu gardło. Krew obficie trysnęła na grób. Jan
zanurzył w niej palce i naznaczył nią swoje czoło. Odetchnął
głęboko i poczuł mocniej niż zwykle obecność Zamordowanego.
Do
domu wracał sam. Wolał być w tej chwili z tym wszystkim co wiążę
się z jego pozycją bez żadnego towarzystwa. Pogrążony w swoich
mrocznych myślach nie zważał zbytnio na to co się dzieje wokół
niego. Nagle podniósł głowę i uważniej spojrzał przed siebie.
Daleko przed nim majaczyła kobieca sylwetka. Przyspieszył kroku. Im
bardziej się zbliżał tym większą zyskiwał pewność, że to
jego żona Ildico. Dlaczego nie czekała na niego w domu? Coś
musiało się zdarzyć. Kiedy już zbliżył się do niej Ildico
spojrzała mu prosto w oczy i bez zbędnych wstępów oznajmiła:
-Przybył
poseł od Wielkiego Chana.
Komentarze
Prześlij komentarz