…szok i przerażenie… jeszcze nikt nie przyznał się… rząd polski zapowiedział podjęcie zdecydowanych kroków… Bruksela wyraziła swoje zaniepokojenie…
Ten fragment nagrania był najbardziej szokujący i zapewne, dlatego cieszył się największym powodzeniem w necie. Kamera powoli przesuwała się po drzewach by w końcu ukazać leśną polanę. Na niej było osiemdziesiąt pali, na których w drgawkach kończyło życie osiemdziesięciu najbardziej brutalnych polskich przestępców. Podłożony pod obraz zniekształcony elektronicznie głos informował o ich personaliach i popełnionych przez nich zbrodniach. To robiło mocne wrażenie. Tak mocne, że widok stu powieszonych innych przestępców, sześćdziesięciu uduszonych skorumpowanych policjantów oraz sześciu zastrzelonych adwokatów, którzy znani byli z tego, że chętnie współpracowali z kryminalnym podziemiem, nie robiło już takiego wrażenia. Najprzód ten film dostały władze. Pierwszą decyzją oczywiście było, że to nie może dostać się do opinii publicznej. Ale zaraz potem okazało się, że film trafił nie tylko do TVP, ale także do najważniejszych stacji komercyjnych radiowych i telewizyjnych, oraz do gazet. Na dodatek był on rozpowszechniany w Internecie. Perfekcyjne „wyjęcie” z zakładów karnych 180 więźniów bez zadania obrażeń funkcjonariuszom SW, dokładne rozpoznanie pozostałych celów znamionowało doskonale przygotowaną operację. Ofensywa medialna tylko to potwierdzała. Najgorsze dla decydentów było, że to wszystko spadło na nich jak grom z jasnego nieba. Specsłużby nie informowały wcześniej o możliwości zaistnienie takiej sytuacji. Gorączkowe konsultacje z zagranicznymi partnerami również nie wniosły do sprawy nic nowego. Głos na końcu filmu oświadczył, że dość rządów bezprawia w Polsce i Rzeczpospolita musi stać się w końcu silnym państwem przyjaznym dla swoich obywateli. Lecz nie określił, kto i jak ma do tego doprowadzić. Z każdą godziną przybywało pytań a brakowało odpowiedzi. A poparcie społeczne dla nieznanych sprawców rosło coraz bardziej. W zacisznych gabinetach polityków i biznesmenów zaczął rosnąć strach.
Człowiek, który był odpowiedzialny za ten stan rzeczy przebywał w swoim prywatnym domu położonym w jednym z lasów Suwalszczyzny. Położony był on w okolicy dość odludnej. Z zewnątrz wyglądał niepozornie. Wchodząc do środka dokonywało się jakby podróży w czasie. Wszystkie pomieszczenia były urządzone w stylu, który kojarzył się zarówno z polskimi szlacheckimi dworkami jak i z siedzibami mongolskich wojowników. Włodarz owej siedziby siedział w tak zwanym pokoju gościnnym. Jadł pilaw i oglądał telewizję. Był więcej niż zadowolony z efektów medialnych, jakie wywołała zaplanowana przez niego akcja. Oto wysiłek jego rodu zaczął wydawać owoce. Spojrzał na ścianę gdzie obok broni wisiały wizerunki jego przodków a także zasłużonych dla Rzeczpospolitej mężów. Portrety przeplatały się, a nad nimi był obraz przedstawiający Timura Wielkiego. Mężczyzna spojrzał na niego tak jakby władca z przeszłości poprzez portret miał przesłać mu swoje błogosławieństwo. Szerokim strumieniem popłynęły przez jego umysł rodowe opowieści. O ucieczce przez śnieg i góry nałożnicy z swoim synem, bo okrutny rozkaz zobowiązał do ograniczenia ilości Timurydów w imperium. O Rzeczpospolitej, która uciekinierów przyjęła do siebie. O walkach i ofiarach dla niej złożonych. O straszliwej klęsce, która w sercach jego przodków zrodziła postanowienie przywrócenia przybranej Ojczyźnie należnej jej chwały. Teraz po bardzo wielu latach on zaczyna kolejny etap pracy swego rodu, a po nim pociągną to jego potomkowie. Zrobi wszystko by okazać się godnym Timurydą i obywatelem Rzeczpospolitej. Te rozmyślania przerwały wejście starego Tatara.
Padł on na kolana przed mężczyzną.
- Effendi, niech Bóg zawsze będzie z Tobą. Czy mamy już wysłać listy tym niewiernym psom z Warszawy?
Timuryda uśmiechnął się.
- Tak. Już czas zacząć ich tresurę.
Trzeci dzień schodził na jałowych spekulacjach, kto może stać za ostatnimi wydarzeniami w Polsce. Kilku przestępców, którzy chcieli podjąć jakieś zdecydowane kroki w bardzo drastycznych okolicznościach pożegnało się z życiem. Państwowe służby nie potrafiły znaleźć najmniejszego tropu prowadzącego do sprawców. Wieczorem trzeciego dnia spora grupa oficjeli z sfer politycznych, ekonomicznych, religijnych i medialnych dostało specjalne przesyłki. Po zapoznaniu się z ich treścią dwie osoby zmarły na zawał serca, jedna popełniła samobójstwo, kilka zadzwoniło na podany w wiadomości numer z pogróżkami (ci w dość krótkim czasie umarli w tajemniczych okolicznościach), reszta prędzej czy później złożyła zapewnienie o swojej bezgranicznej lojalności. W tym czasie, kiedy odbierali swoje przesyłki w ich okolicy wszystkie psy przeraźliwie szczekały.
„Ahmad” był więcej niż zadowolony. Przepełniała go radość. Wszystko szło zgodnie z planem. Wyłączył laptopa i rozejrzał się wokół. Nic podejrzanego nie zauważył. Zawołał kelnerkę i uiścił rachunek. Po opuszczeniu kafejki sprawdził czy nikt go nie śledzi. Również nic podejrzanego nie zauważył. Odprężył się i uśmiechnął. W sumie, kto mógłby w mężczyźnie o typowo słowiańskiej urodzie, ubranym w markowe ciuchy rozpoznać islamskiego szahida. W pracy, ani rodzinie nie mówił o duchowych owocach swoich wypraw na Bliski Wschód. Dla nich to były wyjazdy „japiszona” w poszukiwaniu egzotyki. Na początku tak w sumie było, ale potem wszystko się zmieniło. Niedługo zaś wszystko się zmieni także dla innych mieszkańców Polski, ba, dla wszystkich mieszkańców Polski. „Ahmad” doszedł na parking, na którym był zaparkowany jego samochód i rozejrzał się dokoła. Widział w oddali tłum ludzi zmierzający w kierunku olbrzymiego centrum handlowego. Nie mógł już doczekać się tej chwili jak będzie widział podobny tłum w przestrachu uciekający przed uwolnionym żywiołem ognia. Rozradował się tą wizją i wsiadł do samochodu. Chwilę po przekręceniu kluczyka w stacyjce jego pojazd eksplodował. Ciało „Ahmada” pochłoną uwolniony żywioł ognia.
„Timur” z uwagą studiował meldunek o zlikwidowaniu polskiej komórki Al-Kaidy. Odczuwał przy tej lekturze swego rodzaju satysfakcję. Nie cierpiał tych Lipków, którzy zbuntowali się przeciw Rzeczpospolitej. Rozumiał ich racje, ale zdecydowanie nie podzielał drogi, jaką wybrali. Z powodów chronologicznych byli po za jego zasięgiem. Zabicie tych fanatyków było poniekąd jak dopadnięcie tamtych buntowników. Innego rodzaju satysfakcją był fakt, że wśród terrorystów nie było żadnego Tatara. Choć akurat to było zapewne posunięciem taktycznym. Jednak lepiej się zabezpieczyć na wszelki wypadek. Timuryda nie miał nic przeciwko studiom teologicznym, ale niekoniecznie muszą się one odbywać w Arabii Saudyjskiej. Trzeba w końcu się wziąć za mocniejszą ochronę rodzimej tradycji islamskiej. Jego wzrok padł na zdjęcie wraku samochodu. Te szczątki to była wiadomość dla facetów z Bliskiego Wschodu, żeby lepiej nie próbowali uskuteczniać swojego dżihadu na terenach Rzeczpospolitej. O ile nie są głupi to zrozumieją. Miał nadzieję, że nie są nierozsądni, bo miał teraz problem znacznie poważniejszego kalibru niż religijni fanatycy.
Pomieszczenie było dość ascetycznie urządzone. Na ścianach nie wisiały żadne ozdoby. Na podłodze znajdowała się zwyczajna wykładzina dywanowa. Z mebli była tylko duża sofa i dwa krzesła. Jedno z nich zajmowała kobieta, o przeciętnej urodzie ubrana jak typowa bizneswoman. Naprzeciwko niej na owej sofie siedziało potulnie, jak uczniowie sprzed czasów karty praw uczniów, trzech mężczyzn. Niejeden zdziwiłby się widząc ich razem. Maciej Grzegorzewski był przedstawicielem radykalnej lewicy. Na początku był ortodoksyjnym trockistą, lecz ostatnio zaczął się skłaniać do przejścia na pozycje maoistowskie. Zawsze jednak był zdecydowanym wrogiem kapitalizmu, Kościoła i bogaczy. Natomiast siedzący obok niego Janusz Mikulski lubił siebie określać mianem bolszewika, lecz zawsze dodawał, że jest „bolszewikiem wolnego rynku”. Jego biblią były pisma klasyków myśli libertariańskiej. Choć w związku nadwiślańskimi realiami mawiał o sobie również, że jest „chrześcijańskim randystą”. Nie miało to, co prawda większego sensu, ale było chętnie podchwytywane przez prawicowych młodzieńców. Zaś obok Mikulskiego zasiadł Jan Tomicki- gwiazda narodowej rewolucji. Nikt tak jak on nie umiał wykładać zawiłości doktryny narodowej i demaskować kosmopolityczno- żydowskich spisków wymierzonych „w naszą umęczoną Ojczyznę”. Wierne grono jego fanów uważało go za giganta równego panu Romanowi. Wszystkich ich trzech łączyła owa kobieta, którą znali pod imieniem Ananke. Była ona swego rodzaju ich oficerem prowadzącym. To ona wybierała im ideologie, jakie mają reprezentować i dyskretnie wspomagała ich kariery. Oni zaś najlepiej jak mogli starali się wypełniać jej polecenia. Dziś jednak nie bardzo mieli się, czym pochwalić przed swoją panią. A ona wyraźnie okazywała swoją dezaprobatę.
-Jak to? Zupełnie nic? Niczego się nie dowiedzieliście?- mówiła przeszywając ich swoim wzrokiem.
Tak nieustraszeni w akcjach politycznych fajterzy kulili się pod jej spojrzeniem. W końcu Grzegorzewski zdobył się na odwagę.
-To musi być robota kogoś zupełnie z zewnątrz.
-Chyba oszalałeś- stwierdziła ostro Ananke- Dawno już wykluczyliśmy by zrobił to ktoś z konkurencji.
-Wiem. Jak mówiłem o kimś zewnątrz to nie myślałem o kimś z zewnątrz Polski.
-Mów dalej.
-Uznaliście, że ostatnie straty ponieśliście albo wyniku działań konkurencji albo wyniku zdrady, że ktoś od nas chciał ugrać coś dla siebie. Ale to niedorzeczność. Każdy, kto jest choćby na najniższym stopniu wtajemniczenia rozumie, że z Organizacją nie warto zaczynać. Posłuszeństwo o wiele bardziej się opłaca. A czyż te różnorakie tajemnicze wypadki i załamywania się karier nie wspomaga owego posłuszeństwa odpowiednią dozą strachu? Nie, to, co się ostatnio dzieje nie jest wynikiem buntu.
Grzegorzewski na chwilę zawiesił głos, a potem oświadczył:
-Myślę, że to ktoś stąd, z Polski. Ktoś, kto od dawna szykował się do przejęcia władzy i teraz usuwa stojące ku temu przeszkody. Razem z chłopakami przygotowaliśmy raport. Nie mamy ostatecznych dowodów, ale mamy pewne poszlaki, które wskazują, że ta teoria może być prawdziwa.
-Macie go tutaj?
Grzegorzewski skinął głową i spojrzał na Tomickiego. Ten z swojej torby podróżnej wyciągnął tekturową teczkę i podał ją Ananke. Ta na kilkanaście minut zatopiła się w lekturze raportu. Nie doczytała go jednak do końca. Spojrzała z uwagą na swoich podopiecznych.
-Ciekawe, ciekawe. Podeślę to do góry. Jeżeli ten trop okaże się wartościowy, to nagroda was nie minie.
Ananke wstała i zaczęła rozpinać żakiet.
-Dobra, teraz wyskakujcie z ubrań i mam nadzieję, że dziś sprawicie się lepiej niż ostatnim razem.
Ten fragment nagrania był najbardziej szokujący i zapewne, dlatego cieszył się największym powodzeniem w necie. Kamera powoli przesuwała się po drzewach by w końcu ukazać leśną polanę. Na niej było osiemdziesiąt pali, na których w drgawkach kończyło życie osiemdziesięciu najbardziej brutalnych polskich przestępców. Podłożony pod obraz zniekształcony elektronicznie głos informował o ich personaliach i popełnionych przez nich zbrodniach. To robiło mocne wrażenie. Tak mocne, że widok stu powieszonych innych przestępców, sześćdziesięciu uduszonych skorumpowanych policjantów oraz sześciu zastrzelonych adwokatów, którzy znani byli z tego, że chętnie współpracowali z kryminalnym podziemiem, nie robiło już takiego wrażenia. Najprzód ten film dostały władze. Pierwszą decyzją oczywiście było, że to nie może dostać się do opinii publicznej. Ale zaraz potem okazało się, że film trafił nie tylko do TVP, ale także do najważniejszych stacji komercyjnych radiowych i telewizyjnych, oraz do gazet. Na dodatek był on rozpowszechniany w Internecie. Perfekcyjne „wyjęcie” z zakładów karnych 180 więźniów bez zadania obrażeń funkcjonariuszom SW, dokładne rozpoznanie pozostałych celów znamionowało doskonale przygotowaną operację. Ofensywa medialna tylko to potwierdzała. Najgorsze dla decydentów było, że to wszystko spadło na nich jak grom z jasnego nieba. Specsłużby nie informowały wcześniej o możliwości zaistnienie takiej sytuacji. Gorączkowe konsultacje z zagranicznymi partnerami również nie wniosły do sprawy nic nowego. Głos na końcu filmu oświadczył, że dość rządów bezprawia w Polsce i Rzeczpospolita musi stać się w końcu silnym państwem przyjaznym dla swoich obywateli. Lecz nie określił, kto i jak ma do tego doprowadzić. Z każdą godziną przybywało pytań a brakowało odpowiedzi. A poparcie społeczne dla nieznanych sprawców rosło coraz bardziej. W zacisznych gabinetach polityków i biznesmenów zaczął rosnąć strach.
Człowiek, który był odpowiedzialny za ten stan rzeczy przebywał w swoim prywatnym domu położonym w jednym z lasów Suwalszczyzny. Położony był on w okolicy dość odludnej. Z zewnątrz wyglądał niepozornie. Wchodząc do środka dokonywało się jakby podróży w czasie. Wszystkie pomieszczenia były urządzone w stylu, który kojarzył się zarówno z polskimi szlacheckimi dworkami jak i z siedzibami mongolskich wojowników. Włodarz owej siedziby siedział w tak zwanym pokoju gościnnym. Jadł pilaw i oglądał telewizję. Był więcej niż zadowolony z efektów medialnych, jakie wywołała zaplanowana przez niego akcja. Oto wysiłek jego rodu zaczął wydawać owoce. Spojrzał na ścianę gdzie obok broni wisiały wizerunki jego przodków a także zasłużonych dla Rzeczpospolitej mężów. Portrety przeplatały się, a nad nimi był obraz przedstawiający Timura Wielkiego. Mężczyzna spojrzał na niego tak jakby władca z przeszłości poprzez portret miał przesłać mu swoje błogosławieństwo. Szerokim strumieniem popłynęły przez jego umysł rodowe opowieści. O ucieczce przez śnieg i góry nałożnicy z swoim synem, bo okrutny rozkaz zobowiązał do ograniczenia ilości Timurydów w imperium. O Rzeczpospolitej, która uciekinierów przyjęła do siebie. O walkach i ofiarach dla niej złożonych. O straszliwej klęsce, która w sercach jego przodków zrodziła postanowienie przywrócenia przybranej Ojczyźnie należnej jej chwały. Teraz po bardzo wielu latach on zaczyna kolejny etap pracy swego rodu, a po nim pociągną to jego potomkowie. Zrobi wszystko by okazać się godnym Timurydą i obywatelem Rzeczpospolitej. Te rozmyślania przerwały wejście starego Tatara.
Padł on na kolana przed mężczyzną.
- Effendi, niech Bóg zawsze będzie z Tobą. Czy mamy już wysłać listy tym niewiernym psom z Warszawy?
Timuryda uśmiechnął się.
- Tak. Już czas zacząć ich tresurę.
Trzeci dzień schodził na jałowych spekulacjach, kto może stać za ostatnimi wydarzeniami w Polsce. Kilku przestępców, którzy chcieli podjąć jakieś zdecydowane kroki w bardzo drastycznych okolicznościach pożegnało się z życiem. Państwowe służby nie potrafiły znaleźć najmniejszego tropu prowadzącego do sprawców. Wieczorem trzeciego dnia spora grupa oficjeli z sfer politycznych, ekonomicznych, religijnych i medialnych dostało specjalne przesyłki. Po zapoznaniu się z ich treścią dwie osoby zmarły na zawał serca, jedna popełniła samobójstwo, kilka zadzwoniło na podany w wiadomości numer z pogróżkami (ci w dość krótkim czasie umarli w tajemniczych okolicznościach), reszta prędzej czy później złożyła zapewnienie o swojej bezgranicznej lojalności. W tym czasie, kiedy odbierali swoje przesyłki w ich okolicy wszystkie psy przeraźliwie szczekały.
„Ahmad” był więcej niż zadowolony. Przepełniała go radość. Wszystko szło zgodnie z planem. Wyłączył laptopa i rozejrzał się wokół. Nic podejrzanego nie zauważył. Zawołał kelnerkę i uiścił rachunek. Po opuszczeniu kafejki sprawdził czy nikt go nie śledzi. Również nic podejrzanego nie zauważył. Odprężył się i uśmiechnął. W sumie, kto mógłby w mężczyźnie o typowo słowiańskiej urodzie, ubranym w markowe ciuchy rozpoznać islamskiego szahida. W pracy, ani rodzinie nie mówił o duchowych owocach swoich wypraw na Bliski Wschód. Dla nich to były wyjazdy „japiszona” w poszukiwaniu egzotyki. Na początku tak w sumie było, ale potem wszystko się zmieniło. Niedługo zaś wszystko się zmieni także dla innych mieszkańców Polski, ba, dla wszystkich mieszkańców Polski. „Ahmad” doszedł na parking, na którym był zaparkowany jego samochód i rozejrzał się dokoła. Widział w oddali tłum ludzi zmierzający w kierunku olbrzymiego centrum handlowego. Nie mógł już doczekać się tej chwili jak będzie widział podobny tłum w przestrachu uciekający przed uwolnionym żywiołem ognia. Rozradował się tą wizją i wsiadł do samochodu. Chwilę po przekręceniu kluczyka w stacyjce jego pojazd eksplodował. Ciało „Ahmada” pochłoną uwolniony żywioł ognia.
„Timur” z uwagą studiował meldunek o zlikwidowaniu polskiej komórki Al-Kaidy. Odczuwał przy tej lekturze swego rodzaju satysfakcję. Nie cierpiał tych Lipków, którzy zbuntowali się przeciw Rzeczpospolitej. Rozumiał ich racje, ale zdecydowanie nie podzielał drogi, jaką wybrali. Z powodów chronologicznych byli po za jego zasięgiem. Zabicie tych fanatyków było poniekąd jak dopadnięcie tamtych buntowników. Innego rodzaju satysfakcją był fakt, że wśród terrorystów nie było żadnego Tatara. Choć akurat to było zapewne posunięciem taktycznym. Jednak lepiej się zabezpieczyć na wszelki wypadek. Timuryda nie miał nic przeciwko studiom teologicznym, ale niekoniecznie muszą się one odbywać w Arabii Saudyjskiej. Trzeba w końcu się wziąć za mocniejszą ochronę rodzimej tradycji islamskiej. Jego wzrok padł na zdjęcie wraku samochodu. Te szczątki to była wiadomość dla facetów z Bliskiego Wschodu, żeby lepiej nie próbowali uskuteczniać swojego dżihadu na terenach Rzeczpospolitej. O ile nie są głupi to zrozumieją. Miał nadzieję, że nie są nierozsądni, bo miał teraz problem znacznie poważniejszego kalibru niż religijni fanatycy.
Pomieszczenie było dość ascetycznie urządzone. Na ścianach nie wisiały żadne ozdoby. Na podłodze znajdowała się zwyczajna wykładzina dywanowa. Z mebli była tylko duża sofa i dwa krzesła. Jedno z nich zajmowała kobieta, o przeciętnej urodzie ubrana jak typowa bizneswoman. Naprzeciwko niej na owej sofie siedziało potulnie, jak uczniowie sprzed czasów karty praw uczniów, trzech mężczyzn. Niejeden zdziwiłby się widząc ich razem. Maciej Grzegorzewski był przedstawicielem radykalnej lewicy. Na początku był ortodoksyjnym trockistą, lecz ostatnio zaczął się skłaniać do przejścia na pozycje maoistowskie. Zawsze jednak był zdecydowanym wrogiem kapitalizmu, Kościoła i bogaczy. Natomiast siedzący obok niego Janusz Mikulski lubił siebie określać mianem bolszewika, lecz zawsze dodawał, że jest „bolszewikiem wolnego rynku”. Jego biblią były pisma klasyków myśli libertariańskiej. Choć w związku nadwiślańskimi realiami mawiał o sobie również, że jest „chrześcijańskim randystą”. Nie miało to, co prawda większego sensu, ale było chętnie podchwytywane przez prawicowych młodzieńców. Zaś obok Mikulskiego zasiadł Jan Tomicki- gwiazda narodowej rewolucji. Nikt tak jak on nie umiał wykładać zawiłości doktryny narodowej i demaskować kosmopolityczno- żydowskich spisków wymierzonych „w naszą umęczoną Ojczyznę”. Wierne grono jego fanów uważało go za giganta równego panu Romanowi. Wszystkich ich trzech łączyła owa kobieta, którą znali pod imieniem Ananke. Była ona swego rodzaju ich oficerem prowadzącym. To ona wybierała im ideologie, jakie mają reprezentować i dyskretnie wspomagała ich kariery. Oni zaś najlepiej jak mogli starali się wypełniać jej polecenia. Dziś jednak nie bardzo mieli się, czym pochwalić przed swoją panią. A ona wyraźnie okazywała swoją dezaprobatę.
-Jak to? Zupełnie nic? Niczego się nie dowiedzieliście?- mówiła przeszywając ich swoim wzrokiem.
Tak nieustraszeni w akcjach politycznych fajterzy kulili się pod jej spojrzeniem. W końcu Grzegorzewski zdobył się na odwagę.
-To musi być robota kogoś zupełnie z zewnątrz.
-Chyba oszalałeś- stwierdziła ostro Ananke- Dawno już wykluczyliśmy by zrobił to ktoś z konkurencji.
-Wiem. Jak mówiłem o kimś zewnątrz to nie myślałem o kimś z zewnątrz Polski.
-Mów dalej.
-Uznaliście, że ostatnie straty ponieśliście albo wyniku działań konkurencji albo wyniku zdrady, że ktoś od nas chciał ugrać coś dla siebie. Ale to niedorzeczność. Każdy, kto jest choćby na najniższym stopniu wtajemniczenia rozumie, że z Organizacją nie warto zaczynać. Posłuszeństwo o wiele bardziej się opłaca. A czyż te różnorakie tajemnicze wypadki i załamywania się karier nie wspomaga owego posłuszeństwa odpowiednią dozą strachu? Nie, to, co się ostatnio dzieje nie jest wynikiem buntu.
Grzegorzewski na chwilę zawiesił głos, a potem oświadczył:
-Myślę, że to ktoś stąd, z Polski. Ktoś, kto od dawna szykował się do przejęcia władzy i teraz usuwa stojące ku temu przeszkody. Razem z chłopakami przygotowaliśmy raport. Nie mamy ostatecznych dowodów, ale mamy pewne poszlaki, które wskazują, że ta teoria może być prawdziwa.
-Macie go tutaj?
Grzegorzewski skinął głową i spojrzał na Tomickiego. Ten z swojej torby podróżnej wyciągnął tekturową teczkę i podał ją Ananke. Ta na kilkanaście minut zatopiła się w lekturze raportu. Nie doczytała go jednak do końca. Spojrzała z uwagą na swoich podopiecznych.
-Ciekawe, ciekawe. Podeślę to do góry. Jeżeli ten trop okaże się wartościowy, to nagroda was nie minie.
Ananke wstała i zaczęła rozpinać żakiet.
-Dobra, teraz wyskakujcie z ubrań i mam nadzieję, że dziś sprawicie się lepiej niż ostatnim razem.
Komentarze
Prześlij komentarz